Sztuka akceptacji

Na podstawie książki Thomasa Gordona "Wychowanie bez porażek" 





W codzienności z naszymi dziećmi mamy wiele sytuacji kiedy to albo podlejemy naszą latorośl sprawiając, że będzie pięknie wzrastała na naszych oczach, albo odetniemy jej źródło życiodajnej wody. Aby z tych małych ludzi  wykiełkował cały ich potencjał muszą czuć się kochane. Trzeba podkreślić różnicę między kochać a okazywać miłość, bo może zdarzyć się tak, że bardzo kochamy nasze dzieci, a mimo to one mają puste zbiorniki miłości. W naszych słowach i gestach kierowanych do dziecka jest zaszyfrowany kod, który mówi mu: jestem kochany lub nie jestem kochany. Dlatego dziś o tym, jak ważne jest abyśmy świadomie używali, a bardziej może nie nadużywali aparatu mowy względem tych niezwykłych istot jakimi są nasze dzieci. 

"Mów dziecku dość często jakie jest złe, a z pewnością stanie się złe"

Jest to stare powiedzenie, ale mam wrażenie, że rodzicom trudno w to uwierzyć. Z łatwością dzielimy się z naszymi dziećmi opiniami na ich temat, zdarza się, że też tymi najbardziej obraźliwymi: “Jesteś bezmyślna:, “Zachowujesz się okropnie”, “Sprawdzasz na ile możesz sobie pozwolić!” A nawet (zasłyszane osobiście gdy byłam w pracy): “Zachowujesz się jak świnia!” - mama rzecze do swego trzylatka, gdy ten próbuje otworzyć sklepową szufladę,  może gdyby nie ton wypowiedzi wskazujący na pogardę, chłopczyk pomyślałby, że mama chce sie z nim pobawić w świnkę? Jednak patrząc na mamę szybko zrozumie, że to nie zabawa, a mama właśnie zdefiniowała go przed nim samym. Mówi o nim coś złego. To zrozumiałe , że czasem dzieci doprowadzają nas do szału, nie osądzam tej mamy, a jedynie wchodzę w skórę chłopca. Jestem przekonana, że większość z nas znając skutki retoryki, którą przyjmujemy zapragnie lepszego losu dziecka oraz wzajemnej relacji. Gdy kierujemy do dziecka wypowiedzi poniżające, owoc tego będzie inny niż my byśmy zapewne chcieli - odrzucają je jako człowieka, ujmują jego godności, dają poczucie nieudolności i zły obraz siebie (leniwy, bezmyślny, głupi, ograniczony, niemiły).

Ciągle pokutuje pogląd, że akceptując dziecko takim jakie jest nie formujemy go do bycia kimś więcej, niż obecnie sobą reprezentuje. Trudno nam uwierzyć, że tam drzemie potencjał, którego nie da się włożyć w formę bez strat, a naszym zadaniem to pozwolić mu wybrzmieć. Chcemy pomagać naszym dzieciom osądzając je, krytykując, karząc, moralizując, przy okazji dając w dobrej wierze komunikat, że nie jest przyjmowane, takie jakie jest. Pierwszym krokiem do budowania poczucia własnej wartości dziecka jest pokazanie mu, że jest akceptowane. Atmosfera szacunku i akceptacji umożliwia, a także przyśpiesza rozwój i realizację jego indywidualnych możliwości, które ma zapisane w genach. Daje dziecku siłę aby stawać się samodzielnym i konstruktywnie rozwiązywać swoje problemy. Akceptacja to nic innego jak akt miłości wobec naszych dzieci.

Kilka przykładów w jaki sposób możemy okazać akceptację 

Objawem naszej czynnej akceptacji dla dzieci jest przełączenie komunikatów z trybu "ty" na "ja", czyli z osądzającego na informujący - jak ja się czuję gdy coś się dzieje. Przykładowo reakcja rodzica gdy dziecko mocno nadepnęło mu na nogę:

- Au! To mnie mocno zabolało - nie lubię kiedy ktoś mnie depcze
lub:
- Co ty wyprawiasz? Znowu jesteś niegrzeczny! Spróbuj zrobić to jeszcze raz!

Wypowiedź pierwsza w trybie “ja” biegnie do dziecka z komunikatem, że mu ufamy i pozostawiamy mu odpowiedzialność, a zatem je umacnia. Zaś drugi komunikat osądza, szufladkuje dziecko, poniża je i wzbudza lęk, nie ma miejsca na refleksję nad tym co się stało, a jest konieczność uporania się z falą negatywnych emocji wobec rodzica.

W innej sytuacji nasza akceptująca postawa przejawia się w milczeniu.

Chodzi o te momenty, kiedy z dzieckiem się bawimy - jego twórczość i pomysłowość będzie doceniona, gdy je wysłuchamy bez korygowania i przyjmiemy jego pomysły jako wystarczająco dobre bez naszych trzech groszy. Mimo, że zamek z piasku zmyją fale bo będzie za blisko wody, a trawa pokolorowana na różowo wcale tej trawy nie przypomina, nasze akceptujące milczenie doda dziecku skrzydeł, ponieważ nauka płynąca z własnego doświadczenia jest o wiele cenniejsza niż ta płynąca z krytyki.

Podobnie ma się rzecz, gdy słuchamy naszych dzieci. Akceptujemy je gdy przyjmujemy ich cały bagaż emocji, szanując ich najbardziej negatywne odczucia. Akceptujemy gdy trzymamy język za zębami i powstrzymujemy się od komentowania, doradzania  i oceniania. Nadstawiamy ucha wplatając do rozmowy słowa, które pchną nasze dzieci do otwarcia się przed nami: "aha", "rozumiem", "naprawdę?", "jestem ciekawa jaki jest ciąg dalszy tej historii". W takiej rozmowie dziecko może wyrazić swoje uczucia, podjąć próbę samodzielnego rozwiązania problemu, poczuć, że to jego własne doświadczenie i, że ma siłę oraz zdolności aby rozwiązać swoje problemy.

Gdy wchodzimy do rozmowy jako Ci mądrzejsi i bardziej doświadczeni: "Naprawdę tak się zachowałeś, to okropne", "Czy Twój kolega rzeczywiście jest taki zły? Nie przesadzasz?", speszymy niejednego dorosłego, a tym bardziej nasze dzieci zrezygnują z dzielenia się sobą, na rzecz obrony swojej osoby. Pozostaje niesmak niezrozumienia i poczucia krzywdy, nie wspominając o utracie szansy na rozwój.

Mam wrażenie, że czasem to subtelności w naszej komunikacji decydują o tym jaki przekaz płynie do naszych dzieci. Niby wiem co mówić i wiem jak chcę mówić, ale to nie wychodzi.  Często czuję się tak, jakbym wcale nie miała wpływu na to, co mówię. Wgrane teksty wybrzmiewają w kierunku mojego dziecka. Wypowiadając je czuję, że to nie gra z moim sercem, ale one są. Czasem napięta sytuacja skłania do władczego i nieakceptującego tonu, a czasem osoba obok (mama, lekarz, przypadkowa osoba w tramwaju) wyzwala we mnie kod komunikacji, którego nie lubię.
Wtedy obserwuję alarmujące zachowania mojego dziecka, większy opór, płaczliwość, rodzi się dystans między nami. Nie lubię tego stanu, pojawia się we mnie niepokój i smutek w związku z tym, jak wygląda nasza komunikacja. Wtedy dobrze robi mi wieczorna refleksja nad tym czego dziś doświadczyliśmy, co było skutkiem co przyczyną, co mogę i chcę zrobić inaczej następnym razem. Zawsze mam szansę następnego dnia zacząć od nowa budować i naprawiać relację z moim dzieckiem. 





4 komentarze:

  1. Jak tak sobie przeanalizowałam, to co napisałaś to takie wychowanie krytykujace dziecko, obnażające tylko i wyłącznie jego negatywne cechy, przy tym porównując go do gap, świniek itd prowadzi do wielu problemów takiego dziecka w dorosłym życiu, niska samoocena i brak pewności siebie u wielu dorosłych z pewnością swoje źródło ma właśnie w wychowaniu Naszych rodziców. Mam nadzieje, ze będzie więcej takich artykułów, które radzą jak powinniśmy postępować, aby Nasze dzieci mogły wyrosnąć na pewnych siebie ludzi. A My zwracając uwage Naszym pociechom robili to w taki sposób w jaki sami chcielibyśmy alby ktos Nas ewentualnie "pouczył". Artykuł dający wiele do myślenia. :) czekam ba wiecej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniko, dziekuje! Masz rację mogłoby się wydawać, że dzieci na tym świecie są od zawsze i wszyscy jakoś funkcjonujemy bez tej wiedzy, jednak zgadzam się z Tobą jak najbardziej, że echo wychowania może być gołym okiem niezauważalne, niesione w naszych sercach i nieświadomi nawet żyjemy z konsekwencjami tego wszystkiego jak nas w dzieciństwie traktowano. Kochając krzywdzi się nieświadomie, dlatego warto dowiadywać się jak najwięcej, aby iść choć o krok do przodu :)

      Usuń
  2. Pięknie napisane i przede wszystkim trafiające w sedno. Niejeden raz złapałam się na przekazywaniu dziecku komunikatu w niewłaściwy sposób. Trzeba nauczyć się kontrolowania swoich wypowiedzi, a to oczywiście łatwe nie jest. Wychowywanie dzieci - czyli odpowiedzialność za ich przyszłe dorosłe życie, to chyba najtrudniejsze zadanie jakie stoi przed nami. Super blog, z pomysłem :-) na pewno dający do myślenia. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Bardzo się cieszę, że treści skłaniają do refleksji, zapraszam na ciąg dalszy. Pozdrawiam również :-)

      Usuń

Copyright © Z Miłości do Dziecka , Blogger