Recenzja książki "Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny" Małgorzaty Musiał




Dziś na warsztat weźmiemy książkę polskiej autorki Małgorzaty Musiał „Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny”. Pisze dla nas pedagog z wykształcenia, żona i mama trójki dzieci z powołania. Na co dzień zajmuje się wspieraniem rodziców poprzez prowadzenie warsztatów i szkoleń oraz jest autorką bloga DobraRelacja.pl.
Książka ta jest, jak sama autorka pisze, rozbudowaną odpowiedzią na najczęściej zadawane jej pytanie „co zamiast kary”? W skrócie dowiemy się, że nie da się tego wprost czymś zastąpić, aby efekt był ten sam, trzeba wrócić do założeń początkowych, spojrzeć na nasze ideały, cele i wartości raz jeszcze i tam zobaczyć czy kara to element układanki, który jest nam potrzebny. Natomiast aby wiedzieć jaki pragniemy mieć efekt końcowy, musimy posiadać wiedzę o konsekwencjach naszego postępowania jako rodziców, aby pewne zachowania móc wyeliminować, aby w ogóle mieć nad tym kontrolę. Książka ta jest źródłem takiej wiedzy i zaprasza nas do podjęcia się świadomego rodzicielstwa. Jest „skrzynką narzędzi”, stanowi źródło pewnych strategii, które możemy zastosować jako rodzice.
Autorka proponuje nam określone podejście do wychowania dzieci, na którym zyskuje cała rodzina, pozwala poznać siebie, bliskich i oczyścić swoje środowisko od wzajemnych pretensji i nierealnych oczekiwań.  
Skrzynką z narzędziami, o której mowa, jest model pięciostopniowej piramidy. Książka w poszczególnych rozdziałach opisuje każdy stopień. Dużą jej wartością jest odniesienie do konkretnych dialogów i sytuacji. Każdy rozdział opisujący stopień piramidy kończy się przedstawieniem jego praktycznej strony.
W pierwszym rozdziale autorka wyjaśnia nam pojęcie „granic”. Chyba wszyscy znamy stwierdzenie, że trzeba dzieciom stawiać granice. Niestety niewiele słyszymy o tym, aby dostrzegać i dawać przestrzeń granicom naszych dzieci. Dowiemy się jak rozpoznawać własne granice, czyli jak odróżnić „ja” od „nie ja”. Autorka porusza ważne dla tego tematu wątki: znaczenie odczytywania swoich emocji, odpowiedzialności osobistej czy języka osobistego w określaniu granic („ja chcę/nie chcę, lubię/ nie lubię…). Możemy zamiast pytać „jak stawiać granice dzieciom?”, zapytać: „jak respektować granice dzieci, pokazując swoje własne?”. Nasz stosunek do dziecka i relacja z nim jest szkieletem, na którym ono będzie budowało swoje relacje. Musiał podkreśla, że warto zastanowić się jakie wartości chcemy przekazać dziecku, w co chcemy je wyposażyć? Dobrze jest mieć ułożone i podporządkowane dziecko, jednak to może przełożyć się negatywnie na jego dorosłe życie. Mowa jest też o działaniu rodziców z lęku przed tym, że dziecko „wejdzie nam na głowę”, ta obawa zabiera przestrzeń na dostrzeganie dziecięcej współpracy, czyli momentów kiedy dzieci słuchają się nas i chcą nam sprawiać radość.
Proponowana jest nam perspektywa, w której sprzeciw dziecka jawi się jako manifestacja potrzeby autonomii, lub innych potrzeb w danej chwili biorących prym. Co nie jest równoznaczne z koniecznością ich zaspokojenia tu i teraz, chodzi o to aby je widzieć, nazwać i uszanować. Rolą rodzica jest wsparcie dziecka w przeżywaniu trudności związanych z emocjami towarzyszącymi ewentualnej odmowie.
Poczytamy także o powszechnym zjawisku „wymuszania”. Autorka genialnie wyjaśnia funkcjonowanie tego terminu w praktyce, czyli jak do tego dochodzi oraz czy rzeczywiście dzieci rodzą się z takim zamiarem? Bardzo ważne dla tych z nas, którzy z góry zakładamy, że nasze dziecko coś na nas wymusza. Owszem może, jeśli tego go nauczymy, ale to nie jego wina.
Zaszczytne drugie miejsce na piramidzie zajmują emocje.
„Emocje są namacalnym wskaźnikiem naszych potrzeb. Potrzeby zaś siłą napędową naszego życia.”
Autorka trafnie porównuje emocje do fizycznego bólu, który jest sygnałem dla nas, że coś się dzieje i należy podjąć działanie. Emocje zaś są sygnałem naszej psychiki o jej dobrostanie, wołaniem o uwagę. Oznaką naszej dojrzałości jest działanie z uwzględnieniem emocji, nie zaś pod ich wpływem. Dzieciom potrzeba czasu (dojrzewanie układu nerwowego) oraz naszej pomocy (wsparcie i proponowanie narzędzi do radzenia sobie z emocjami), aby móc osiągnąć taki stan. Ważne jest, aby uzmysłowić sobie, że potrzeby każdego człowieka nie są wymierzone przeciwko innym ludziom, a  pod każdym zachowaniem kryje się konkretna potrzeba.
„Trudne sytuacje oznaczają trudne emocje.”
Autorka wprowadza nas również w proces dojrzewania mózgu naszych dzieci. Przedstawia nam ciekawe ujęcie budowy naszego mózgu: „mózgu trójjedynego”, na który składa się mózg gadzi, ssaczy i racjonalny. Dwa pierwsze, są to niższe struktury, które odpowiadają za podstawowe funkcje życiowe i wrodzone reakcje, ostatnia zaś zajmuje się bardziej skomplikowanymi procesami, między innymi regulacją emocji. Przychodząc na świat nasz racjonalny mózg nie jest gotowy do działania. My jako rodzice mamy stanowić racjonalny mózg naszych dzieci (autorka wyjaśnia co to oznacza) oraz przedstawiać im dobre praktyki, na których mogą się wzorować. Warto pamiętać, dziecięce umysły to czyste kartki pod względem jakichkolwiek doświadczeń, a ponadto do pewnego wieku nie mają one zdolności do logicznego myślenia i analizowania. Chcąc wspierać nasze dzieci w przeżywaniu emocji musimy zgodzić się na długotrwałość i burzliwość tego procesu. Nasza pomoc to nie znalezienie natychmiastowego środka zaradczego, ale trwanie z dzieckiem w trudności. Autorka też podkreśla, że wspieranie dziecka w opisywany sposób nie jest absolutnie równoznaczny z aprobatą krzywdzących, trudnych zachowań.
„Emocje są ważne i potrzebne.”, „Istotą jest umiejętność wyrażania ich w sposób, który nie rani innych.”
Przedstawiane są nam szczegółowo opisane strategie wspierające radzenie sobie z emocjami, które mają pomóc w samodzielnej regulacji emocji (doraźne uspokojenie dziecka nie jest absolutnie miarą ich skuteczności). Mówiąc o emocjach autorka nie pozwala nam również zapomnieć o sobie samych, tylko wtedy możemy wyjść z pomocą dla dziecka. Jako rodzice czujemy konieczność traktowania swoich emocji i potrzeb drugorzędnie, nie mniej mamy wręcz obowiązek zadbać o siebie, znaleźć przestrzeń aby zaspokoić swoje potrzeby, mieć czas dla siebie i naładowanie akumulatorów, ważne jest przy tym branie odpowiedzialności za swoje potrzeby i emocje. 
Kolejny stopień piramidy to współpraca. Czy zdarza nam się mówić, że nasze dziecko nie współpracuje? Jeśli tak, to jaka jest nasza definicja współpracy, czy przypadkiem nie mówimy tak, gdy dziecko nie chce zrobić tego, o co je prosimy? Warto wówczas odwrócić perspektywę, a prawdopodobnie okaże się, że my również nie współpracujemy w oczach naszych dzieci. Autorka w tym rozdziale szczególnie przygląda się potrzebom, argumentując, iż to właśnie one są siłą napędową wszelkich naszych zachowań. Otrzymujemy obszerną listę potrzeb, która jest wspólna dla wszystkich ludzi. Otwiera się przed nami perspektywa współpracy w kontekście tworzenia więzi, której podstawą jest dostrzeganie potrzeb,  stanowiących źródło naszych reakcji i sposobów działania. Być może powiemy, że nie mamy czasu i nie chcemy dokopywać się tak głęboko, jednak autorka zwraca uwagę na to, że droga siłowa, gdzie forsujemy nasze rodzicielskie rozwiązanie często generuje równie czasochłonne skutki, zatem nasze pochylenie się nad problemem i potrzebą dziecka, może dać owoc w postaci rozwiązania pewnych problemów, przy czym oszczędzimy sporo czasu. Kolejnym krokiem, który możemy zrobić w kierunku owocnej współpracy jest uznanie potrzeby autonomii dziecka. Balansuje ono między potrzebą więzi a zadbaniem o własną autonomię. Chcąc być uczciwym, warto widzieć też ilekroć nasze dziecko mówi nam „tak”. Autorka bardzo ciekawie przedstawia również problem kłamstwa, którego dziecko się dopuszcza w naszej relacji.  Dowiemy się jakie mogą być jego przyczyny, czemu dziecko wybiera taką strategię, aby poradzić sobie z sytuacją.
Obok dostrzegania potrzeb obu stron (rodzica i dziecka) otrzymujemy jeszcze jedno narzędzie służące owocnej współpracy – jest nim prośba. Wcale nie chodzi tu o użycie słowa „proszę” przy okazji zmiękczenia żądania z jakim zwracamy się do dziecka, ale o formę, która dopuszcza możliwość odmowy. Choć zdaje się być to zabieg ryzykowny i kłopotliwy, jednak zdaniem autorki warto zaufać prośbie mając z tyłu głowy fakt, że dla naszych dzieci relacja z nami to najważniejsza sprawa na świecie. Autorka nie zapomina też o najmłodszych, dla których powyższe strategie wykraczają poza ich możliwości, wskazując na zabawę jako sposób na uatrakcyjnienie i zaproszenie dziecka do wykonania pewnych czynności, do których wykazuje niechęć i opór.
W kolejnym rozdziale Musiał przedstawia nam różne strategie radzenia sobie z konfliktami, zapraszając nas jednocześnie do wejścia w kooperację z dzieckiem.
„Konflikty to znak, że nasze dzieci mogą i chcą dawać znać o tym, co w nich prawdziwe i co dla nich ważne – nie zaś, że przestały nas szanować i potrzebować.”
Dobrze pojmowany konflikt to też nauka dla naszych dzieci o różnorodności postaw i poglądów oraz możliwości ich współistnienia jednocześnie z zadowoleniem i poszanowaniem obu stron. Autorka podaje również konkretną metodę rozwiązywania konfliktów o zachęcającej nazwie: „metoda bez porażek”, podążając za wskazówkami i przykładami przedstawionymi w książce możemy próbować wprowadzić ją w życie.
Dalej jest mowa o konsekwencjach, które stanowią wierzchołek piramidy. Autorka celowo poświęca temu zagadnieniu niewiele uwagi twierdząc, iż nie jest to obszar, którym powinniśmy sobie zaprzątać głowę, ponieważ naturalne konsekwencje same dotrą do naszych dzieci, a jakiekolwiek obmyślanie konsekwencji jest w istocie obmyślaniem kary. Gdy wchodzimy w rolę wychowawcy udzielającego dziecku lekcji otrzymujemy propozycję aby: „wrócić do początku piramidy, przeanalizować granice, zajrzeć pod powierzchnię emocji, poszukać potrzeb, życzliwie zaprosić dziecko do współpracy, porozmawiać z nim o konflikcie, który się między nami pojawił”. Takie podejście wpisuje się bardzo w moje ideały, nie mniej w tej kwestii mam jakiś niedosyt, może potrzebowałabym więcej życiowych przykładów, aby poczuć bardziej tak „lekkie” podejście do konsekwencji, na pewno będę wracać do tego rozdziału w różnych chwilach rodzicielstwa oraz szukać więcej wiedzy i doświadczeń innych rodziców i autorytetów w tej materii.
Bardzo podoba mi się ukazanie rodziny jako środowiska o największym potencjale dla „nieoceniającej akceptacji” oraz bezwarunkowej miłości, od nas zależy czy ten potencjał wykorzystamy. Otrzymujemy również przestrogę przed uciekaniem się do stawiania w roli konsekwencji naszych emocji. Ważne, aby być autentycznym w naszych emocjach (jednocześnie będąc w tym dojrzałym), nie mniej nie możemy zostawić dziecka samego z naszą emocjonalną reakcją, nie możemy szantażować dziecka tym, co czujemy. Dziecko nie wie jak wybrnąć z naszych emocji, musimy być racjonalnym mózgiem dzieci w sytuacjach, które też nas osobiście dotykają oraz dać mu poczucie, że bez względu na wszystko – rodzic jest z nim. Nie kończę na komunikacie, że przykro mi z tym co zrobiło, jednocześnie dystansując się. Dziecko jest wówczas bezbronne. 
W przedostatnim rozdziale autorka porusza bezpośrednio kwestię kar i nagród, określając ich stosowanie jako „rodzicielstwo warunkowe”. Wiedząc jak przyjemne są pochwały nie chcemy szczędzić ich naszym dzieciom. Autorka świetnie opisuje jak na nasze dzieci działa system pochwał i kar stanowiący zewnętrzne źródło motywacji. Rodziców zupełnie zbija z tropu, ponieważ jest bardzo powierzchowny i sprawia, że nie patrzymy głębiej, a poprzestajemy na zachowaniu: jest akcja – jest reakcja, „nie interesuje mnie, co przeżywasz, tylko jak się zachowujesz”. Osobiście jestem przerażona faktem, który został mi przedstawiony, iż moje pochwały mogą sprawić, że dziecko zaniecha chwalonej czynności, czyli np. pomocy innym, dlatego, że chwaląc zagłuszyłam jego wewnętrzną motywację. Odwróciłam jego uwagę od tego, co się wydarzyło w nim samym oraz jaki był naturalny owoc jego działań, kierując ją na radość z aprobaty. Autorka odnosi się do badań naukowych w tej materii i przestrzega, że możemy osiągnąć zupełnie inny cel niż zamierzony. Chwaląc możemy też przekazać komunikat: „Jesteś w porządku, gdy zachowujesz się w sposób miły i uczynny, nie w porządku, gdy dbasz o swoje granice, wyrażasz potrzeby”
Autorka przedstawia nam alternatywne sposoby w jaki możemy zaopiekować się potrzebami naszych dzieci, które do tej pory były zaspokajane pochwałami. Jest to bardzo cenne spojrzenie na problem i daje nam morze możliwości jak mówić do dziecka w sytuacjach gdy widzimy jego wysiłek, oraz pozwala nam zrozumieć potrzeby dziecka.
W książce został również poświęcony spory rozdział na temat relacji dziecka z innymi dziećmi. Autorka opisuje czym są granice w relacji rodzeństwa, na przykładzie wskazuje prawa tej relacji oraz możliwe negatywne skutki naszej ingerencji – gdy staramy się sterować dziećmi w różnych sytuacjach występujących między nimi. Otrzymamy też rady jak wesprzeć dziecko w obronie własnych granic jeśli ma z tym problem. Dalej pochylimy się nad prawem dziecka do własności prywatnej, a co za tym idzie poczytamy też trochę o kwestii „dzielenia się”. Po przeczytaniu tego rozdziału mam poczucie, że uzbrojona w tą wiedzę, mam szanse wybrnąć z różnych trudnych sytuacji, rodzących moje ogromne zakłopotanie (gdy do akcji włączone są inne dzieci i inni rodzice ). Będzie też o emocjach wśród rodzeństwa i dowiemy się jak i dlaczego warto werbalizować dziecięce przeżycia, też pojawiające się między rodzeństwem. Znowu kluczem staje się nasza wspierająca (nie oceniająca, oskarżająca, czy ganiąca) dziecko rola.
„Kiedy zdejmiemy z dziecka te trudne emocje i nazwiemy jego potrzeby, staje się ono gotowe by zobaczyć emocje i potrzeby drugiej strony.”
Autorka także wyczerpująco opisuje naszą rolę gdy pojawiają się konflikty, otrzymamy konkretną strategię, wspierającą dzieci w ich rozwiązywaniu (metoda mikrokręgów). Zauważmy, że mamy wspierać, nie zaś rozwiązywać. 
Pani Małgorzata jako osoba bardzo empatyczna wchodzi także w perspektywę czytelnika, wie, że to co przeczytaliśmy i pragniemy wprowadzić w życie z pewnością w pewnym momencie nas przerośnie, w ostatnim rozdziale zapowiada nieuniknione zwątpienie, a także daje rady jak przetrwać kryzysy. 
Sięgając po tę książkę musimy wiedzieć, że idea przedstawiona tutaj to nie jest „sposób” czy tzw. „trick” wychowawczy, który pozwoli nam osiągnąć pożądane zachowania dziecka, takie podejście jest dalekie od tego co chce nam dać autorka. Otrzymujemy „narzędzia” do powolnego, codziennego budowania, drobnymi krokami, dobrej relacji z naszym dzieckiem. Nie zaś sposób na manipulowanie. 
Osobiście piękny dla mnie w tej książce jest płynący przekaz, iż nasze dzieci potrzebują wejrzenia na nie, po porostu jak na drugiego równego sobie człowieka, równego ale też i słabszego, bo ubogiego w doświadczenia. Człowieka, który buduje obraz siebie samego na tym, co usłyszy od nas jako rodziców, zatem mamy ogromną moc sprawczą w jego życiu. Musimy być jej świadomi, aby niechcący nie obrócić jej przeciwko naszemu dziecku. Mamy pod naszymi skrzydłami ogromny potencjał zapisany w tym małym człowieku, potencjał który to my jako rodzice musimy zobaczyć i o niego walczyć, wierząc, że Dziecko przychodząc na świat nie ma złych intencji, a jedynie chłonie, uczy się, chce być kochane, akceptowane, pragnie rozwijać swoją autonomię i zdobywać świat.
Autorka zachęca nas do rezygnacji z autorytarnej drogi rodzicielstwa, w której to rodzic wie najlepiej, co czują dzieci, jego słowo jest ostateczne i „nie ma dyskusji”. Przedstawia nam perspektywę odpowiedzialnego rodzicielstwa, w którym potrzeby dziecka  są brane na poważnie. Zapewne wielu rodziców czuje strach przed takim podejściem, obawiamy się utraty kontroli. Jestem przekonana, że wielu z nas podświadomie czuje, że chce inaczej, że coś traci, że coś jest nie tak. Często tylko nie wiemy jak postępować, boimy się o nasze dzieci po prostu. Autorka nie proponuje nam puszczenia dzieci w samopas, przedstawia nam styl życia, w którym to my jako rodzice bierzemy odpowiedzialność za wyposażenie dzieci w ważne dla nich umiejętności, te zaś pozwolą im poznać siebie, zrozumieć jak funkcjonuje świat relacji z innymi ludźmi. Przede wszystkim być może uda nam się zbudować z dzieckiem taką relację, którą bardzo długo będziemy mogli się cieszyć, która będzie owocować w jego dorosłym życiu i  być może oszczędzimy mu bagażu niepotrzebnych trudnych doświadczeń. Nasuwa mi się refleksja, że najwięcej zranień paradoksalnie doświadczamy właśnie od najbliższych, czyli to my rodzice możemy najbardziej skrzywdzić nasze dzieci.
Jest to książka, którą uważam, że warto czytać z kartką i długopisem, aby sporządzić stosowne notatki i tę wiedzę wykorzystać. Warto nie traktować naszego rodzicielstwa jako coś oczywistego, bo takie jest tylko rodzicielstwo biologiczne. Tak samo jak potrzeba nam wiedzy aby być programistą, tak samo potrzeba nam wiedzy aby zbudować z dziećmi relację. W dobie gdy ta wiedza jest dostępna, nasze błędy mogą nas kiedyś zaboleć jeszcze bardziej. Od Pani Małgorzaty otrzymamy solidną porcję wiedzy! ☺


3 komentarze:

Copyright © Z Miłości do Dziecka , Blogger