Trzy typy reakcji rodziców na "wymuszanie" płaczem, do której dołączysz?

Trzy typy reakcji rodziców na "wymuszanie" płaczem, do której dołączysz?



Dość powszechne jest stwierdzenie, że dzieci wymuszają krzykiem i płaczem. Słyszę to też o swoim dziecku. Sama jednak staram się bardzo ostrożnie podchodzić do tego typu opinii na temat dzieci. Jest to zwyczajnie krzywdzące dla naszych najmłodszych, którzy przecież przed osądem nie mają jak się obronić. Muszą go przyjąć - co więcej, jest duże ryzyko, iż przyjmą go jako prawdę o sobie. Jak dla mnie zbyt wielka moc tkwi w rodzicielskim osądzie, aby posługiwać się nim jako narzędziem wychowawczym.

Jestem dorosła, obok siebie mam 3-latka, który uczy się dopiero funkcjonowania różnych mechanizmów na tym świecie. Uczy się naszych reakcji, doświadcza emocji. 

Krzyczy bo czasem inaczej nie potrafi. Nie umie wyrazić swoich pragnień słowami, jeśli jest do tego cholerykiem, jego układ nerwowy zapala się i brakuje mu narzędzi aby nad tym panować. Niejeden dorosły choleryk zareaguje krzykiem na złość, która w nim się pojawia. Wierzę jednak, że żadne dziecko nie jest na tyle rozwinięte, aby robić to z wyrachowaniem. To my dorośli często dla spokoju włączamy bajkę, dajemy coś słodkiego, bądź zaspokajamy bieżącą potrzebę, bo akurat teraz nam wygodnie. To prosta lekcja dla mózgu - dopamina wydziela się zaraz po tym jak krzyczę. 

Emocje są i będą na początku trudne do poskromienia. Nie dziwię się bo ja też czasem muszę walnąć w stół jak się okropnie wkurzę. A co do dyspozycji ma 3-latek aby rozładować swoją złość, rozczarowanie? 

Jako dorosła chcę wziąć odpowiedzialność za poprowadzenie mojego dziecka w świecie emocji i zapoznanie go ze zdrowymi mechanizmami w naszych relacjach. To jest pierwszą rolą rodzica - nie rola sędziego.

 Więc synku gdy złościsz się z powodu końca oglądania bajek przytulę Cię, nie włączę kolejnej. Rozumiem, że Ci smutno, ale nie nauczę Cię, że gdy jest ci źle to świat musi zaspokoić Twoje potrzeby. Jednocześnie nie osadzę Cie, że jesteś niegrzeczny bo płaczesz. Jest Ci przykro po dziecięcemu. W zdrowej relacji ja mam prawo powiedzieć "nie", a ktoś inny ma prawo być rozczarowany. Jest to jednocześnie doskonała nauka asertywności dla naszych dzieci.

Gdy ktoś dorosły obok nas cierpi z powodu jakiegoś niepowodzenia - rozstał się z kimś bliskim, zgubił ważną rzecz - współczujemy, a dzieci bardzo często osądzamy i traktujemy niezbyt poważnie ich odczucia. Przecież koniec bajki to nie powód do płaczu, a zasypianie bez mamy to coś, do czego trzeba się przyzwyczaić. Może i tak, ale czemu mamy nie współczuć dziecku z szacunku choćby do jego wewnętrznego małego świata, który, przyznajmy jakże często jest dla nas tajemnicą. Mam wrażenie, że wielu z nas dorosłych, nie mając pojęcia co tam w tym małym mózgu się dzieje, mimo to przyjmuje postawę wszechwiedzących. Cenię sobie stawanie w pokorze przed tajemnicą młodego człowieka, którego mam pod swoją opieką. Obserwuję, poznaję go i uczę się z nim żyć. 

O wymuszaniu przez dzieci bardzo fajnie pisze Małgorzata Musiał w swojej książce "Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny" 


Jej zdaniem dzieci na początku wcale nie wymuszają, pokazują zaś żywiołowo w mocny sposób co myślą o zastanych warunkach, nie ma to nic wspólnego z próbą wymuszenia, a jest jedynie wyrazem niezadowolenia.

Dzieci spotykają się z kilkoma typami reakcji rodzicielskiej.

Część dzieci (grupa 1) zbierze różne  doświadczenia z tego typu sytuacji. Czasem dostaną to czego chciały, ponieważ rodzic uświadomi sobie jak bardzo dziecku zależy na czymś o co zabiega, przyjmie perspektywę dziecka i ma możliwość wyjścia na przeciw dziecięcej potrzebie. Nie raz te same dzieci doświadczą braku zaspokojenia swojego pragnienia, nie dostaną tego czego chciały, zaś rodzic będzie wsparciem w regulacji emocji. A  na pewno powstrzyma się przed osądem, że dziecko terroryzuje rodzica krzykiem i okazywaniem emocji. Dane jest dziecku prawo do niezadowolenia, ponadto często otrzyma wsparcie gdy będzie to zbyt trudne. 

Inna część dzieci (grupa 2) nie otrzyma tego, czego chce dla spełnienia zasady i nauki, że protest nie zmienia zdania rodzica. Autorytet jest tu najważniejszy, postawa zupełnie nie różnicującą sytuacji, stawiająca zasadę ponad człowieka. Skutki dla dziecięcej potrzeby autonomii i pewności siebie są niewątpliwie przykre.

Kolejna grupa zaś (grupa 3) doświadczy lękowej reakcji rodzica na ich krzyk. Tacy rodzice z obawy czy  niechęci przed emocjonalną reakcją dziecka będą dążyć do szybkiego zaspokojenia potrzeby , byleby ustał płacz. Siłą rzeczy dzieci uczą się mechanizmu oraz jedynej i najprostszej drogi do osiągnięcia celu. Naturalna kolej rzeczy. Dziecko dostaje komunikat, że jego emocjonalna reakcja zawsze kończy się zaspokojeniem potrzeb. Nie ma opcji, aby dziecko samo wyciągnęło wnioski, że jego krzyk, płacz, agresja to nie jest społecznie użyteczna droga do załatwiania spraw. Duża krzywda przytrafia się tym dzieciom, nie dość, że nie nabywają umiejętności radzenia sobie z obecnym w życiu rozczarowaniem, to dostają łatkę "terrorystów" od rodziców, którzy uciekają od odpowiedzialności nauczenia ich radzenia sobie z emocjami, przerzucając ją na dzieci. 


Grupa pierwsza jest mi najbliższą. Moje dziecko uczy się, że jego potrzeby są ważne, jego prośby racjonalne, a ono samo jest szanowane. Spotka się również z wieloma sytuacjami, gdzie doświadczy rozczarowania, zawodu i rozpaczy z powodu niezaspokojonej potrzeby. Nie chcę go osądzać i mówić że płakać nie wolno, mówić że jest niegrzeczny, okazywać swoją dezaprobatę na jego osobista tragedię którą właśnie przeżywa. Gdy się uspokoi porozmawiamy o tym, co było trudne, jak można było inaczej, aby nie ranić innych. Świadomie chcę dążyć do tego, aby moje dziecko widziało we mnie bezpieczną przystań. Ufam, że to zaowocuje bliska relacją, a gdy przeżyje rozczarowanie, zawód w nastoletnim życiu to będzie wówczas szukało pomocy u mnie, nie u koleżanek/ kolegów, którzy tylko z pozoru mogą mu pomóc. 

Warto zdystansować się do dziecięcego "wymuszania", rozgraniczyć nasze potrzeby od dziecięcych, szukać złotego środka i powstrzymać się od osądzania dzieci, które przecież dopiero biorą w swoje ręce narzędzia do zadbania o siebie, swoje potrzeby. Zderzają się z konfliktem interesów dorosłych i dzieci, a do nas należy rola nauczyciela w balansowaniu w świecie tych potrzeb. 
"O dziewczynkach i chłopcach dla chłopców i dziewczynek" Asia Olejarczyk - recenzja

"O dziewczynkach i chłopcach dla chłopców i dziewczynek" Asia Olejarczyk - recenzja

Książki są niezawodnym sposobem na przedstawienie dziecku szeregu nurtujących je tematów. Pomagają też nam, rodzicom, dobrać słowa i obrazy przystosowane do wieku dziecka. Niesamowicie ważne jest, aby nie unikać z dzieckiem trudnych tematów i wprowadzać je w otaczający świat tak, jak my tego chcemy - w przeciwnym razie może zrobić to ktoś za nas, w  sposób, który nam mógłby się nie spodobać. Koledzy, koleżanki z przedszkola, starsze dzieci, telewizja itd. mogą nas wyprzedzić w przekazywaniu gruntownej wiedzy o życiu jeśli sami nie wkroczymy na ten teren z wystarczającą pewnością siebie. Dobrze jest być przygotowanym na sytuacje kiedy maluch spotka czarnoskórą koleżankę na ulicy, lub zacznie interesować się swoim ciałem. 

Nam bardzo pomogła książka "O dziewczynkach i chłopcach dla chłopców i dziewczynek" autorstwa pani Asi Olejarczyk.



Poza podstawową kwestią różnic płci porusza ona szereg bardzo ważnych tematów, które dobrze jest poukładać w głowie dziecku zanim zostanie ono zbombardowane informacjami z zewnątrz. Podzielona jest na rozdziały:
  • O DZIECIACH I DOROSŁYCH
  • O DZIEWCZYNKACH I CHŁOPCACH
  • O CZUŁOŚCI
  • O NAGOŚCI I INTYMNOŚCI
  • SKĄD SIĘ BIORĄ DZIECI






W rozdziale O DZIECIACH I DOROSŁYCH wprowadzimy dziecko w zagadnienie różnic między ludźmi, kolorem skóry, włosów, wyglądu oraz płci. Opierając się na ilustracjach możemy porozmawiać z dzieckiem o widocznych różnicach między chłopcem a dziewczynką oraz między kobietą a mężczyzną. Ja widzę, że to dla mojego synka ważne, aby opisywać mu to, czym różni się tata od mamy. Tata ma ostre włosy na buzi (on też kiedyś takie będzie miał), ma grubszy głos, w ten sposób oswajam dziecko z tymi różnicami, które sam zaobserwował i jak mniemam budziły w nim czasem niepokój. 

Kolejny rozdział O DZIEWCZYNKACH I CHŁOPCACH bardzo fajnie uwalnia od stereotypów i pokazuje dziecku, że to czym się interesujemy nie jest determinowane przez płeć.


Książka też porządkuje dziecku kwestie związane z okazywaniem uczuć. Pokazuje, że bliskość fizyczna zarezerwowana jest dla najbliższych. Przedstawione są sytuacje, gdy dzieci śmiało mogą mówić nie - kiedy nie chcą bliskości obcych. To dla rodziców też dobry sygnał, aby nie zmuszać maluchów do czułości, gdy nie mają na to ochoty. Dzieci powinny same wyznaczać swoje granice i my jako rodzice powinniśmy wspierać postawę, w której dziecko nie ma oporów, aby powiedzieć stanowcze "nie". 


Rozdział O NAGOŚCI I INTYMNOŚCI odkrywa przed dzieckiem najbardziej nurtującą je różnicę damsko-męską. Do dziś pamiętam z jakim zainteresowaniem moje dziecko przyglądało się tej stronie i zaspokajało swoją ciekawość obecną już u niego jakiś czas. Nomenklatura jest odpowiednia dla dziecięcego języka i nie jest infantylna. Mi osobiście bardzo spodobało się przedstawienie różnic płci w ten sposób. Dziecko poznaje też znaczenie słowa "intymność" i dowiaduje się, że nikt nie ma prawa dotykać i oglądać jego intymnych miejsc z wyjątkiem rodzica czy lekarza. Dlatego uważam, że ta książka to naprawdę dobra okazja do poruszenia wielu ważnych tematów z dzieckiem. 



Wśród tego typu tematów nie mogłoby zabraknąć odpowiedzi na pytanie SKĄD SIĘ BIORĄ DZIECI - tak też zatytułowany jest ostatni rozdział. Tu poczytacie o roli kobiety i mężczyzny w powstawaniu nowego życia czy o  ciąży. Ponownie autorka używając języka odpowiedniego dla dzieci kreśli obraz tego w jaki sposób przebiega proces pojawiania się dziecka i posługuje się metaforą ziarenka.


Na koniec dodam jeszcze, że książka też jest bardzo ładnie wykonana, ilustracje pani Moniki Urbaniak są bardzo przyjemne w obiorze, radosne, kolorowe i ciepłe - co sami zresztą możecie zobaczyć na zdjęciach.

Reasumując jest to książka, którą warto mieć aby zagaić z dzieckiem ważne kwestie:
  • różnic płci
  • różnic międzyludzkich
  • stosunku do obcych osób
  • praw dziecka do wyznaczania własnych granic i mówienia "nie"
  • stosunku do własnej płciowości i nagości
  • skąd się biorą dzieci
Książka nie jest infantylna i nie razi językiem niestosownym dla najmłodszych dzieci.
Jak funkcjonować w świecie niewidzialnych granic?

Jak funkcjonować w świecie niewidzialnych granic?



Na podstawie "Mózg dziecka - przewodnik dla rodziców" Alvaro Bilbao



Jakiś czas temu mój mąż i tata Stefana sygnalizował mi, że ma problem z tym, jak bezboleśnie, bez frustracji jego i syna przekazywać mu sygnał, że to, co się dzieje przekracza jego osobiste granice i doprowadza go do dyskomfortu  w ich relacji.

Dlatego dziś kilka słów o granicach. Czym są, dlaczego są ważne i jak pomóc dziecku funkcjonować w świecie zasad, norm i ograniczeń.

O granicach pisała także Małgorzata Musiał w swojej książce „Dobra relacja” (na recenzję zapraszam tu)


O CZYM WŁAŚCIWIE MÓWIMY, MÓWIĄC O GRANICACH?


Ja wyobrażam sobie to tak, że każda osoba posiada swoją strefę nienaruszalności. Przekroczenie granicy tej strefy doprowadza nas do dyskomfortu, poczucia zrezygnowania z siebie, niezaspokojenia potrzeb. Zarówno dorośli jak i dzieci taką granicę posiadają. Jako dorośli musimy dbać o nasze granice, aby nie doprowadzić się do stanu psychicznego, który zagrażałby nam i naszym dzieciom. 

W stosunku do dzieci jesteśmy zaś zobowiązani do wspomagania ich w odkrywaniu tych granic, ale również do szanowania ich osobistych granic. 

W relacji z dzieckiem szukamy więc równowagi, która stanie na straży i weźmie pod uwagę obie jednostki kreślące granice. Zatem nie możemy skupiać się jedynie na pokazywaniu dziecku swoich granic, ale naszą rolą jest też dostrzeganie granic dziecka oraz pokazanie mu, jak może o nie zadbać z poszanowaniem innych.

Poza tym funkcjonujemy w świecie pełnym reguł i rolą rodzica jest wspomożenie dziecka w umiejętnym poruszaniu się wśród tych norm społecznych i kulturowych.

W ludzkim mózgu istnieje obszar odpowiedzialny za rozpoznawanie ograniczeń, przestrzeganie ich oraz wspomaganie w radzeniu sobie z frustracją związaną z tymi procesami – jest to kora przedczołowa. Funkcjonowanie dziecka wśród ludzkich potrzeb, będących w konflikcie z jego własnymi, oraz wśród reguł (takich jak to, że w nocy się śpi, w dzień bawi, o określonej porze jest posiłek na stole, wieczorem się myjemy itd.) wspomaga formowanie się neuronów w tym obszarze mózgu, a tym samym zwiększa kompetencje dziecka w życiu.


JAK MÓWIĆ O OGRANICZENIACH, KTÓRE POJAWIAJĄ SIĘ NA DRODZE DZIECKA?


  1. Gdy chodzi o nasze własne granice – korzystajmy z języka osobistego, tzn. gdy nie masz siły/ nie chcesz nieść dziecka po schodach na górę, powiedz o tym: „nie chcę brać Cię na ręce, bo jest mi ciężko i nie mam siły” , gdy chcesz dziecku pomóc bo widzisz, że jest głodne, jest zmęczone i nie da rady zmierzyć się z tym wyzwaniem i potrzebuje wsparcia, nie bój się tego zrobić w obawie, że już zawsze będziesz musiał to robić. Bądźmy ludźmi ze skóry i kości w oczach naszych dzieci.

    Tego, co jest nasze nie przekładamy na dziecko: taki duży chłopczyk już sam powinien wchodzić (dodam na marginesie, że dziecko chcące takiej pomocy, może po prostu potrzebuje okazania mu miłości w ten sposób).  Wyrażając nasze uczucia mówmy o sobie: Ja nie chce/ nie mam siły... Bądźmy odpowiedzialni za swoje emocje. Nie osądzajmy i nie oceniajmy pochopnie dzieci, bo możemy się mylić. Najbezpieczniej jest zatem mówić ze swojej perspektywy.

  2. Wspomagaj dziecko w postępowaniu, którego od niego oczekujesz. Chodzi o to, aby naprowadzać dziecko na właściwy kierunek. Siłą wzbudzamy sprzeciw, więc proponowana przez nas droga może nigdy nie zostać wybrana przez dziecko. Wszystko robimy w duchu respektowania i poważania małego człowieka.

    Nadal popatrzmy na przykład ze schodami:  może na początek, chcąc pokazać naszą granicę zaproponujmy kompromis – idziemy razem do numeru 3, potem wejdziesz sam. Z własnego doświadczenia wiem, że to pomaga, dziecko czuje się wspierane, a jednocześnie nie rezygnuje z własnego wysiłku, ono też coś musi z siebie dać. Inną formą wsparcia może być zabawa, która pomoże wczłapać się na wysokie piętro lub dojść jeszcze kawałek drogi. Wyścigi, liczenie, piosenka, wierszyk. Nie bójmy się oczekiwać od dziecka, ale pamiętajmy, że nie ma ono jeszcze takiej puli narzędzi jak my w radzeniu sobie z napotykanymi trudnościami.

    Oczekujesz końca oglądania po 1 bajce, posprzątanych zabawek, umytych zębów, obecności przy stole na czas posiłku, doprowadź do tego, ale będąc wsparciem dla dziecka, nie zaś jedynie stróżem regulaminu. Znów nasza czułość, wsparcie w momentach konieczności zaistnienia pewnych sytuacji będzie spoiwem relacji i umocnieniem dla dziecka w kontekście porządkowania się jego mózgowych struktur. 


  3. Niezwłocznie informuj dziecko jakie zachowanie jest oczekiwane, od początku miejcie jasne zasady, bez obaw i wspierająco informując – bajka jest jedna, nie sprawiamy sobie bólu, słodycze jemy w niedziele i gdy świętujemy, gdy jestem zmęczona nie chcę być samolotem, ale mogę poczytać z tobą książkę.

  4. Jeśli to możliwe nie dopuszczaj do niepożądanych zachowań. Manipulowanie przy pralce czy innym sprzęcie, gdy tego nie chcemy, najlepiej ograniczyć nie dopuszczając (w miarę możliwości) do tej czynności. Zatrzymaj rączki małego dziecka, które chcą koniecznie poklikać, bez nerwów, bez krzyku informując je „nie klikamy guzików przy pralce, dla zabawy, aby jej nie zepsuć. Możesz naciskać guziki, gdy razem włączamy pranie” , za kolejnymi razami ( a takie na pewno nastąpią) wystarczy informacja – „nie klikaj, bo może się zepsuć” , gdy mamy dość po prostu ograniczmy dostęp do pralki, znajdźmy zabawę, która zmieni tymczasem obszar zainteresowania. Zapobieganie niepożądanym zachowaniom  uniemożliwia tworzenie się niechcianych szlaków neuronowych w mózgu dziecka.

  5. Za każdym razem przypominaj o tym, co funkcjonuje jako reguła – tak jak powyżej to opisałam. Przypominaj i doprowadzaj bez dramatu do pożądanego scenariusza. Nie oczekuj, że to nastąpi samoistnie po przedstawieniu tej reguły, wspomagaj by dziecko ją spełniło, daj odczuć satysfakcję z jej spełnienia, doceń najmniejszą chęć współpracy, nie narzekaj, że dziecko samo z siebie nie robi czegoś. Ma prawo, nie rozumie naszych reguł, nie ma pojęcia skąd one się biorą i dlaczego są ważne. Za to ma ważną potrzebę autonomii.

  6. Dobrze jest dla mózgu, gdy w świecie reguł panujących w domu wszyscy są spójni i mama i tata. Nie wszystko musi być pod linijkę (bo świat też nie jest jednolity), ale fundamenty dobrze jak są zachowane i nie ma rozbieżności między rodzicami.

  7. W tym wszystkim bądź czuły i empatyczny – dziecko wówczas,  pojawiające się ograniczenia, nie interpretuje jako atak na jego swobodę, ale łatwiej wchodzi w to, co mu proponujemy.


Sekretem nauki funkcjonowania dziecka pośród ograniczeń jest umiejętność doprowadzenia go do tego, aby zachowywało się tak, jak my byśmy chcieli. Nie robimy z tego dramatycznej sceny okupionej upokorzeniem i łzami, lecz szanujemy godność i granice dziecka. 


Wprowadzając elementy zabawy, humoru rozładowujemy napięcie rodzące się wobec konfliktu oczekiwań i zapobiega u dziecka powstawaniu poczucia winy. Naszą rolą jest pomoc w spełnieniu tego, o co je prosimy. Dorastając dziecko będzie w stanie pojąć celowość pewnych zachowań, których wymagamy, jak mycie zębów, ubieranie się itd. Gdy jest małe, nie możemy oczekiwać, że będzie te sprawy widzieć tak jak my, dorośli. Pamiętajmy zabawa to język dziecka, warto mówić do niego w jego języku.

UWAGA - WAŻNE!

Nie możemy też zapominać o ważnych potrzebach dziecka jakimi są potrzeba, aby realizować swoje cele i potrzeba autonomii. Trzeba też dziecku dać szansę poradzenia sobie z sytuacjami, w których zdaje się ono stać na przegranej pozycji. Dlatego w świecie zasad trzeba się też nauczyć je łamać ;) Bo przecież niejeden raz warto podążać za sercem, a nie za regułami. Muszą być dni, kiedy nie działamy według schematów i pozwalamy dziecku na szaleństwa i radość rezygnując z tych reguł, które nie są kwestią bezpieczeństwa. Niejednokrotnie warto też pójść za głosem serca, po prostu gdy mamy na to ochotę i czujemy, że to pozwoli wzrastać poczuciu bycia kochanym przez nasze dziecko. Mój synek z reguły już sam wchodzi po schodach na czwarte piętro, zdarza mu się prosić, aby go wnieść. Nie zawsze się zgadzam, ale są takie dni kiedy widzę, że ten akt po prostu powie mu, że go kocham i on tego potrzebuje. Pokazujemy w ten sposób, że to człowiek jest ważniejszy niż reguła. Jako rodzice też wielokrotnie będziemy rezygnować z siebie, tego nie da się uniknąć. Nie mniej, naszą rolą też jest pokazać dziecku, że wszyscy ludzie mają potrzeby a także, że nie wszystkie jego potrzeby muszą być zaspokojone.   


Co oprócz kasków i ochraniaczy? O poczuciu bezpieczeństwa

Co oprócz kasków i ochraniaczy? O poczuciu bezpieczeństwa

Na podstawie książki "Potęga obecności" D.J. Siegel, T.P. Bryson


Dziś kilka słów na temat zaspokajania potrzeby bezpieczeństwa dzieci. Jest to jeden z czterech filarów (wg prof. Siegela) budowania bezpiecznego stylu przywiązania w naszych podopiecznych. Zatem dziś zadajmy sobie pytanie: czy moje dziecko czuje się przy mnie bezpieczne?

Photo by Caleb Woods on Unsplash


Dlaczego warto się nad tym zastanowić?



  • Po pierwsze dlatego, że jeżeli zaspokajamy podstawowe potrzeby dziecka, może ono zająć się zdobywaniem świata i rozwojem. Dziecko, które nie czuje się bezpieczne zmarnuje swoją energię, na to aby być czujne, kontrolować sytuację, badać wyraz twarzy bliskiej osoby. Najmniejsze dzieci stracą wiele energii na płacz. 

  • Poczucie bezpieczeństwa i zaufanie wobec opiekuna obniża w dziecku stres i daje poczucie wewnętrznego dobrostanu.

  • Ma to bezpośredni wpływ na interakcję dziecka z otoczeniem. Regulujące obwody mózgowe kształtują się w głównej mierze w pierwszych trzech latach życia, zaś kora przedczołowa rozwija się w dzieciństwie i wieku nastoletnim. Doświadczenie braku bezpieczeństwa zaburza ich prawidłowe funkcjonowanie w dorosłym życiu. Dziecko doświadczające lęku, najpewniej przeniesie to doświadczenie w przyszłość i będzie żyło w poczuciu zagrożenia w dorosłym życiu i dorosłych relacjach.


Nie chcę dziś mówić o traumach, które niewątpliwie rujnują poczucie bezpieczeństwa dziecka (przemoc, zaniedbania, dysfunkcje w rodzinie), lecz o tych, które niepostrzeżenie mogą wejść do naszych domów, a my przymkniemy na to oko, bo przecież nikomu tragedia się nie dzieje.


"Jakość naszej obecności w życiu dzieci ma swoje konsekwencje"

Oto w jaki sposób możemy stać się źródłem przerażenia/ lęku naszych dzieci


  • Kłócąc się przy dziecku, gdy używamy wobec siebie przemocy słownej, emocjonalnej czy fizycznej. Wielokrotne bycie świadkiem takiej sytuacji rodzi strach i może prowadzić do zaburzenia tworzenia się bezpiecznej więzi (o stylach przywiązania poczytasz tu) Wniosek - kłócimy się przy dziecku, gdy jesteśmy opanowani i możemy konstruktywnie rozwiązywać konflikty, nie zaś gdy jesteśmy wyprowadzeni z  równowagi. 


UWAGA! Autor książki donosi o badaniach, które wykazały, że kłócąc się przy śpiącym niemowlęciu (rozmawiając bardzo gniewnie i głośno) doświadcza ono poczucia zagrożenia, zaobserwowano wyraźne pobudzenie układu nerwowego.


  • Dopuszczając do sytuacji, że dziecko widzi te elementy rzeczywistości, na które pod względem rozwojowym nie jest gotowe. Przerażające obrazy, wizje i tematy mogą być źródłem zaburzenia poczucia bezpieczeństwa. Treści o tematyce seksualnej, nieodpowiednie do etapu rozwoju oraz historie opowiadane przez starsze dzieci i rodzeństwo również mogą wywołać lęk u dziecka. Przerażające obrazy/sceny mogą zostać z dzieckiem nawet na całe życie, co więcej mogą mieć wpływ na to jak postrzega świat.
  • Rodzic zwracając się do dziecka upokarza je, zawstydza, krzyczy lub nieumyślnie straszy, gdy chce wymusić współpracę lub zdyscyplinować je (Przyjdzie Pan i Cię zabierze... Zostaniesz tu sam, jak nie chcesz wyjść ze mną...). Brzmi to dość brutalnie, choć osobiście wydaje mi się powszechne. Konia z rzędem temu, kto nigdy nie krzyczał na dzieci... A jednak jeśli przyjmiemy to jako normę, grożą naszemu dziecku poważne konsekwencje.

Co robić, aby dziecko czuło się bezpiecznie?


1. Po pierwsze: nie szkodzić!


Czy chcesz być źródłem strachu w swoim domu? Jakie okropne byłoby moje życie, gdybym bała się reakcji mojego męża, tym bardziej nie chcę, żeby mój maluch bał się mnie. Strach dziecka może być zakamuflowany, może ono samo nie wie czym jest to, czego doświadcza i nie wie jak Ci to zakomunikować. Nie może się obronić przed dorosłym, który przekracza jego granice. Po prostu uczy się życia z nami. Dla rozładowania napięcia może zacznie głośniej krzyczeć i zawodzić, a może zacznie Cię bić w złości i strachu, gdy na twarzy maluje Ci się najgroźniejsza z min i mówisz głośno. Nie potrafi po dorosłemu przekazać jak się czuje. Zatem postanawiamy: nie być źródłem strachu w swoim domu. 

2. "Przepraszam" z ust rodzica - skarb w rękach dziecka


Gdy coś schrzanisz po prostu przeproś, a nawet proś o wybaczenie ;) Wcale nie mamy zawsze racji z racji naszej dorosłości! Popełniamy błędy i możemy przed dzieckiem się do tego przyznać. A nawet powinniśmy, jeśli chcemy zacieśniać naszą relację, a nie luzować. Nie ważne, że ono jakoś nas wkurzyło, bo zachowało się tak i tak, jeśli ja coś popsułam to przeproszę. To jest też najlepsza szkoła przepraszania.


3. Bądź bezpieczną przystanią dla swojego dziecka


Choć czasem zareagujemy przesadnie, popełnimy błędy w różnych sytuacjach, to w atmosferze bliskości emocjonalnej i refleksyjnej komunikacji możemy dać dziecku schronienie i miejsce do odbudowywania siebie. Rozmawiajmy z dzieckiem o niewygodnych stanach, takich jak strach, zagrożenie, pomóżmy dziecku zrozumieć co się dzieje. Gdy sami stanowimy źródło strachu, też mówmy o tym.

Bardzo dobrze wspominam, gdy w następujący sposób porozmawiałam z moim synkiem (niespełna trzyletnim):
 Gdy wyraźnie podniosłam głos w emocjach: Źle zareagowałam, mogłeś się wystraszyć, gdy tak krzyczałam. Przepraszam.

Gdy synek ciągle powtarza, że nic go już nie boli i nie chce iść do ortopedy:

- Nie chcesz iść do lekarza bo się boisz? Nie masz ochoty wchodzić do nowego, nieznanego gabinetu i poznać nowego lekarza?
- Tak, chcę, żeby była pani doktor.
- Wolisz gdy bada cię pani niż pan, tak?
- Taaak.
- Nie dziwię ci się, że się obawiasz, to nic przyjemnego jak podczas badania jest blisko obca osoba, nie lubisz tego?
- Nie lubię.
- Zapewniam cię, że cały czas z tobą będę i będę cię pilnowała.
- (szeroki uśmiech) ... będzie mama ze mną... cały czas.


Wierzę, że w ten sposób właśnie buduję bezpieczną przystań, i oczyszczam naszą relację ze strachu.



Pochwały - zaspokajają potrzeby, lecz sprowadzają na manowce. Jak zauważać dziecko i jego osiągnięcia?

Pochwały - zaspokajają potrzeby, lecz sprowadzają na manowce. Jak zauważać dziecko i jego osiągnięcia?

Na podstawie książki "Dobra relacja, skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny" Małgorzaty Musiał oraz "Dziecko z bliska" Agnieszki Stein


Photo by Ben White on Unsplash


Lubimy chwalić nasze dzieci, sprawia to radość nam rodzicom, a dzieciom jeszcze bardziej. Chcemy aby były docenione ich starania oraz utrwaliły się pożądane zachowania. Wychowujemy w ten sposób. Ta metoda działa od lat.
Może często zdarza nam się mówić:

- super                                                                     
- dobra robota                                                             
- świetnie                                                                       
- śliczny rysunek
- pięknie posprzątałeś

Ale ale… czy na pewno jest to dobry sposób?

Wielu doświadcza tego, że nie akceptujemy siebie ze swoimi słabościami, odrzucamy tę wersję siebie, która z czymś sobie nie radzi, osądzamy się, być może załamując się lub czując bezradnym i spisanym na straty. W naszej głowie słychać:

- jestem beznadziejną mamą
- nie nadaję się do tego
- jestem kiepskim pracownikiem

Pochwały (forma nagrody) są drugą stroną medalu wychowania warunkowego - pierwszą są kary. Zaś to czego doświadczamy nie wykluczone, iż jest pokłosiem tego, że byliśmy akceptowani tylko w określonych warunkach i odrzucani w innych.

Życzę sobie, aby moje dziecko stając wobec swoich ograniczeń, potrzeb, granic, potrafiło patrzeć na siebie z miłością, a tym samym aby umiało sobie konstruktywnie pomóc. Rozsądne wydaje mi się więc, aby przyjąć je z miłością gdy po raz kolejny nie chce/ nie umie czegoś zrobić, gdy odmawia współpracy troszcząc się o swoją autonomię lub walczy o zaspokojenie swoich potrzeb. Dlatego odrzucam karę. Jak jest z pochwałą? Tak samo, chwaląc akceptuję wycinek mojego dziecka, daję komunikat: jesteś ok, gdy "ładnie" się zachowujesz, gdy stawiasz swoje granice jako człowiek i gdy dbasz o swoje ludzkie potrzeby, to już nie jest w porządku. A przecież to takie ważne abyśmy umieli w życiu siebie kochać i walczyć o siebie samych. Chwaląc i nagradzając dzieci tworzymy obraz miłości warunkowej.

Jakie ryzyko niosą ze sobą pochwały?


A więc pomijając epitety, które mogą się w przyszłości cisnąć do głowy naszych dzieci na ich własny temat, jest jeszcze kwestia tego na czym skupiamy uwagę dziecka podczas chwalenia (pamiętajmy, że w ten właśnie sposób tworzą się szlaki neuronowe w jego mózgu ;) poczytasz o tym tu ). Otóż komplement , który wywołuje mnóstwo pozytywnych emocji u dziecka odrywa je od tej pozytywnej czynności, którą ono właśnie wykonało. Wypowiadając pozytywną opinię o tym co zrobiło, istnieje ryzyko, że nadmiernie skupi się na opinii innych w przyszłości. Nie dostrzeże dobra, które się wydarzyło, gdy np. podzieliło się z kolegą zabawką (szeroki uśmiech kolegi, miła atmosfera, radosna wspólna zabawa, wdzięczność). Zostanie ono zagłuszone przez "brawo Adaś, pięknie się podzieliłeś". Jego motywację kierujemy na zewnątrz - w zamian za właściwe zachowanie usłyszy od nas coś dobrego albo coś dostanie. Nie liczy się kolega. Nie prowadzi to zatem do wychowania wrażliwej osoby, lecz kieruje ją na interesowność. O ile lepszą jest rozmowa o tym, czy fajnie było podzielić się zabawką pozwalając dziecku przeanalizować tę sytuację samodzielnie.

"Nie da się zasiać czystych, bezinteresownych intencji w człowieku doświadczającym manipulacyjnego, interesownego traktowania"

Co zamiast pochwał?

Pochwały stosujemy jednak z uwagi na to, że zaspakajają one też szereg potrzeb dziecka: bycia docenionym, ważnym dla kogoś, zauważonym, potrzebę wspólnoty, świętowania sukcesów, kontaktu, czy też dzielenia się radością. Używamy ich bo nie znamy nic lepszego w zamian. W książce "Dobra relacja" otrzymujemy wspaniałe alternatywny dla zdawkowych pochwał dotykających wymienionych potrzeb jedynie powierzchownie.

Zatem w jaki sposób zaspokoić te ważne potrzeby jednocześnie nie godząc w motywację dziecka, poczucie wartości oraz wrażliwość na innych?

1. NIEWARTOŚCIUJĄCA UWAGA

To nie mniej i nie więcej niż okazywanie uwagi bez oceniania. Szczególnie ważne jest to dla najmłodszych dzieci, których działania nie są skoncentrowane na osiąganiu założonych celów, które zdobywają i doskonalą umiejętności, eksperymentują. Zatem zauważamy co dziecko zrobiło, zbędna jest nasza motywacja aby np. pokolorowało do końca. Zauważamy, to, co jest z zainteresowaniem: "Widzę tu niebieską plamkę i dwie kreski".

Bez obaw rodzicu:


"dążenie do rozwoju jest podstawową potrzebą każdego dziecka i odbywa się nie dzięki krytyce czy pochwałom, ale doskonale sobie radzi bez nich"
W jaki sposób okazywać uwagę niewartościującą? Popatrzeć na pokazywane przez dziecko prace, podziękować za pokazanie, zauważyć jaką radość sprawia mu wykonywana czynność: "widzę, że bardzo lubisz malować farbami". Samemu zapytać dziecko podczas pracy co maluje, jakie ma jeszcze plany wobec swojej pracy, jak mu się to udało zrobić.

2. OKAZYWANIE WDZIĘCZNOŚCI

Samo stwierdzenie "dobra robota" jest komunikatem pozytywnym jednak nie zawsze jest współmierny do mojego zaangażowania. O ileż bardziej wolę usłyszeć konkret - "w tym poście uporządkowałaś informacje i zapamiętałam wiele". Zamiast powierzchownej pochwały dobrze jest mówić naszym dzieciom jak ich działania wpłynęły na nas, jak nas ucieszyły, pomogły. Np, "cieszę się, że cierpliwie poczekałeś, aż pozmywam, teraz mam więcej czasu dla ciebie". 

Jak to pięknie ujęła pani Małgorzata Musiał:


"Mówienie o tym jak czuję się dzięki działaniu drugiej osoby, jest sycącym pokarmem dla duszy"

Powierzchowne pochwały zaspokajają głód na chwilę, konkretne okazanie wdzięczności daje pokarm na dłużej.

3. UZNANIE

Osiągnięcia naszych dzieci to moment kiedy chcemy im wręcz wyśpiewać naszą radość z tego, że czegoś dokonały. Jesteśmy dumni i szczęśliwi. Zatrzymajmy się jednak na chwilę aby przeanalizować co dzieje się w momencie gdy dziecko np. pierwszy raz zbuduje z klocków coś spektakularnego. Ono widzi i czuje, że wydarzyło się coś ważnego, chce nam to pokazać, podzielić się radością. My możemy przyjąć to interpretując jego oczekiwania jako wydanie oceny na temat jego pracy. Z radością wołamy: "wspaniały zamek zbudowałeś".

W tym momencie poczucie dziecka, że jego zamek był wspaniały zostało potwierdzone, ono zauważy, że ktoś inny ostatecznie decyduje czy jego budowla jest wspaniała, być może zacznie budować po to aby słyszeć "wspaniały", bo to go bardzo połechtało, istnieje ryzyko, że za bardzo skupi się na cudzej opinii o wykonanej przez niego pracy.

Spróbujmy inaczej. Dziecko biegnie do nas w emocjach ze swoja budowlą. Mówimy: "widzę, że zbudowałeś zamek, ma on okna i bramę!" Kierujemy uwagę na osiągnięcie dziecka nie na naszą opinię. Przeżywamy wspólnie radość, dostrzegamy to czego dokonało. Znów otrzymuje ono sycący pokarm.


Wierzę, że gdy pochylimy się nad tym tematem, który wydaje się nam wszystkim dość oczywisty, bo serce rwie się do pochwał, dostrzeżemy, ze to znów subtelności decydują o naszym ostatecznym komunikacie do dziecka. Jest ryzyko, że znów chcąc dobrze, krzywdzimy. Ja ciągle pracuje nad sobą aby "nie piać" nad moim dzieckiem, gdy czegoś dokonało, ale aby skupić jego uwagę na jego własnym dokonaniu.

Kochani zapraszam Was do komentowania, co myślicie, jakie są Wasze doświadczenia, jakie obawy, czy to o czym przeczytaliście rezonuje z Waszym podejściem, a może macie inne zdanie. Poszerzajmy wspólnie nasze rodzicielskie horyzonty :)
RECENZJA - ANGIELSKI SŁÓWKO PO SŁÓWKU - książka dla dziecka

RECENZJA - ANGIELSKI SŁÓWKO PO SŁÓWKU - książka dla dziecka


ANGIELSKI SŁÓWKO PO SŁÓWKU

Obrazkowy słownik angielsko - polski

autor książki: Ewa Cisowska


W nasze ręce zupełnie przypadkiem wpadła książka, a właściwie obrazkowy słownik angielsko-polski “Słówko po słówku”. Przeglądając na księgarnianej półce dziecięcą literaturę mój wzrok przykuły piękne ilustracje (autor: Jola Richter - Magnuszewska). Nie  bez znaczenia był też fakt, iż szukałam pomocy w zagajaniu angielskiego. Zapragnęłam ją mieć i nie żałuję. Oto kilka powodów dlaczego uważam tę książkę za naprawdę udany zakup:

1. Tak jak wspomniałam - ilustracje - klimat, kolorystyka i sposób wykonania urzekły mnie. Pojęcia w tym słowniku mają dedykowaną ilustrację na wzór wykonanej ręcznie pracy plastycznej. Jak by trochę tłumaczenie na język fantazji dziecka. Zdarzało nam się nawet zainspirować i wykonywać zwierzaki posiłkując się pomysłem autorki ilustracji.


A to nasza inspirowana ilustracjami pufferfish :)


2. Prostota. Na początek nauki pozycja ta wydała mi się idealna. Tematyczne strony z przyciągającymi obrazkami, tłumaczeniem i wymową. Lubimy razem czytać, otwieramy nasz słownik - Stefek chętnie po niego sięga, chwytamy się obrazów i zakotwiczamy angielskie słowa. Ciekawe obrazy służą nam do złapania uwagi dziecka i zapoznawania z ich angielską nazwą. Są też punktem wyjścia do dłuższej rozmowy lub bardziej oswajania z językiem angielskim.

3. Przy każdym temacie mamy przykład jak możemy wykorzystać obrazy w formie zabawy, zadania, np. wskaż wszystkie różowe zwierzęta lub zaprowadź po śladzie, wskaż szczegóły. Pomysł wyjściowy, za którym pojawia się mojej głowie szereg kolejnych.



4. Potencjał długiego korzystania z tej książki. Jest to typ książki, który wykorzystamy na wiele sposobów i wielokrotnie:
  •  gdy mamy ochotę poczytać,
  •  gdy tematem naszych zabaw jest np podwodny świat, możemy zajrzeć do książki aby ponazywać zwierzaki po angielsku,
  • gdy szukamy pomysłu na pracę plastyczną,
  • gdy szukamy “jak po angielsku jest...”,
  • gdy Stefek miał roczek książka myślę, że cieszyłaby się uznaniem (niestety tego się nie dowiem;), gdy ma 2.5 bardzo się podoba. Sądzę, że za rok może być równie ciekawa dla niego, ponieważ zainteresowania się zmieniają. Podwodny świat dziś jest ulubiony za miesiąc będziemy wałkować robaczki.

Słownik zawiera ponad 250 angielskich słów podzielonych na 15 grup tematycznych: kolory, zabawki, zwierzęta, rafa koralowa, żyjątka, rodzina, części ciała, jedzenie, pojazdy, mój pokój, figury i kształty, Boże Narodzenie, liczby, alfabet. Zatem różnorodność jest dość duża i zawsze na czymś oko zawiesimy. Dodatkowo, autorka dzieli się z nami fajną metodą nauki angielskiego - metodą kanapkową (słowo angielskie - polskie - znów angielskie), która jest, jak zaobserwowałam, dość skuteczna, podoba się Stefkowi, który dopomina się, aby tak do niego mówić gdy poznajemy angielskie nazwy.

Wiadomo, fajnie jest uczyć angielskiego przy okazji, w codziennych czynnościach itd., ja jednak nie mam w sobie tej lekkości. Brakuje mi niejednokrotnie motywacji i słownictwa, aby ten angielski przemycać mimochodem. Taka forma pomocy do nauki otwiera mnie aby zaczynać rozmawiać w prosty sposób i oswajanie Stefka z językiem zaczęło mieć miejsce :)

Tak więc, reasumując, naprawdę jesteśmy zadowoleni, że mamy tę książkę na półce!


Okładka i strony książki są twarde.
Wydawnictwo: PUBLICAT S.A.

Niegrzeczne dzieci, niedojrzałe dzieci, bezbronne dzieci

Niegrzeczne dzieci, niedojrzałe dzieci, bezbronne dzieci

Na podstawie książki "THE YES BRAIN MÓZG NA TAK" Daniela J. Siegela i Tiny Payne Bryson


Photo by Ben White on Unsplash

Krzyk, histeria i opór. Żądania, wymagania, działanie na przekór. Jest to stan męczący tak bardzo, że każdy z nas - Rodziców marzy wręcz aby stawić temu kres. Aby ono wreszcie zachowywało się racjonalnie. Stanowcze "NIE!" działa jednak jak dolanie oliwy do ognia. Co robić? Myślę, że każdy z nas stanął w obliczu tej sytuacji i tego pytania ;)  Intuicyjnie wyczuwam, że to nie przelewki i trzeba zajrzeć głębiej i rozwikłać zagadkę kryjącą się za tą słodką twarzyczką, która jednocześnie czasem sprawia, że mam ochotę wystrzelić w kosmos. Z pomocą przychodzi mi ponownie profesor Daniel J. Siegel w książce "The yes brain MÓZG NA TAK".

No i proszę bardzo: 


"Jeśli potrzeba ci choćby jednego powodu, dla którego należy wykazywać się cierpliwością w relacjach z dzieckiem, gdy zachowuje się nieracjonalnie, oto on: jego mózg nie został jeszcze w pełni uformowany, przez co dziecko, przynajmniej czasami, dosłownie nie jest w stanie kontrolować emocji i ciała."

Tak, zdawałam sobie z tego sprawę, ale musiałam usłyszeć o tym jeszcze raz aby spojrzeć na mojego synka z miłością gdy znów... zamiast strzelać w niego pociskami. 

Co więcej w tej samej książce czytam, że ten sam mózg swą dojrzałość osiągnie w wieku dwudziestu kilku lat... Zatem w wieku niecałych lat trzech (jak ma to miejsce w przypadku mojego dziecka) rolą rodziców będzie wsparcie go w budowaniu korzystnych połączeń nerwowych. Jak to zrobić? Siegel sugeruje, iż pierwszym i najważniejszym krokiem jest pomoc dziecku w osiągnięciu stanu zrównoważenia. Co oznacza, że pomagamy dziecku opanować odruchowe reakcje na odczuwane emocje, uczymy jak rozładować napięcie nie poprzez burzę, lecz w sposób konstruktywny. Pomagamy dziecku zatrzymać się, zastanowić się i wybrać rozwiązanie. Dzieci mają wrodzone impulsy, naszą rolą jest wypracować inne reakcje, nie zapominając o szacunku i miłości do słabszej i mniej rozwiniętej dziś istoty jaką jest dziecko.

Zatem krzyk i burza w obliczu konieczności zaniechania czynności zagrażającej bezpieczeństwu to nie okazja do musztry i odepchnięcia "niegrzecznego dziecka", ale moment nauki i budowania więzi. Dlatego wyrzucamy do śmietnika zwroty: uspokuj się, jak ty się zachowujesz, jak nie przestaniesz to... , jesteś niegrzeczny, taki ładny chłopczyk/dziewczynka a tak brzydko się zachowuje, nie bądź mazgajem, to nie powód do płaczu... A pakujemy do repertuaru: Jesteś rozwścieczony, bo nie możesz... a bardzo chcesz [*uwaga tu najczęściej rozpętuje się jeszcze gorsza burza, ale ona jest potrzebna], rozumiem, że jest ci źle, w każdej chwili mogę cie przytulić jeśli chcesz. Gdy po burzy przyjdzie spokój ważne jest, aby omówić z dzieckiem co się stało i przedstawić zagrożenie/ trudność, które płynęło z tej czynności, może zaproponować alternatywną zabawę/narzędzie. Nie możesz używać ostrego noża, ale mogę dać Ci tarkę następnym razem, abyś mi pomógł. Gdy będziesz starszy będziesz się nim posługiwał.
Nie chcę abyś rozlewał wodę, bo podłoga staje się śliska, możemy się przewrócić. W przelewanie pobawisz się w wannie, albo na tacy w kuchni. 

"Dzieci zachowują się niegrzecznie najczęściej dlatego, że nie potrafią panować nad ciałem i emocjami, a nie dlatego, że chcą. Zanim zaczniesz udzielać im nauczek czy mówić do nich o swoich oczekiwaniach, musisz im najpierw pomóc odzyskać równowagę"

Mnie osobiście ratuje to stwierdzenie, pomaga mi przyjąć dziecko takie, jakie jest w danej chwili, choć czasem odbieram je jako okropne. Jest to bardzo ważne, szczególnie w odniesieniu do najmłodszych dzieci, których mózgi są najmniej rozwinięte. Pomóc odzyskać równowagę dziecku oznacza być, otoczyć wsparciem i zrozumieniem, przytulić, pogłaskać, zapewnić, że jest kochane i bezpieczne. Wtedy, i tylko wtedy dziecko nas wysłucha, wtedy mamy szansę je czegokolwiek nauczyć. Co więcej, w tej nauce dobrze jest chwytać się narzędzi przyjaznych dziecku. Może bajka o myszce, która chciała używać noża będzie odebrana z większym entuzjazmem, niż powrót do trudnego doświadczenia we własnej skórze. 

Dla mnie czasem pomocne wydaje się być zweryfikowanie swojego mózgu, czy jest aby "na tak". Dostrzegłam, że sprzeciwy mojego dziecka zaostrzają moją reakcję "na nie". Taka weryfikacja pozwala mi dać więcej swobody dziecku, pozwolić się ubrudzić i rozlać, bez burzy z mojej strony ;) Zaryzykować stłuczenie szklanego naczynia, na rzecz próby sił i zręczności dziecka.
Copyright © Z Miłości do Dziecka , Blogger